Jezus z krewetek: jak farmy zaangażowania zarabiają na AI slop
Obrazy, które nie powinny istnieć
Na początku 2024 roku użytkownicy Facebooka zaczęli masowo natrafiać na groteskowe wyobrażenie Chrystusa utworzonego z krewetek. Seria obrazów, szybko ochrzczona przez internet mianem „Jezusa z krewetek”, nie była dziełem sztuki ani żartem jednego twórcy — to produkt przemysłowej skali generowania obrazów przez sztuczną inteligencję. Jak relacjonował serwis 404 Media, podobne grafiki regularnie zdobywały dziesiątki tysięcy reakcji, a kryły się za nimi anonimowe strony prowadzone najczęściej z Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.
Zjawisko dziś określane slangowym terminem AI slop, czyli „śmieciami” generowanymi automatycznie, ma swoją logikę ekonomiczną. Nie chodzi początkowo o przekonanie kogokolwiek do fałszywej narracji. Chodzi o reakcję: każde polubienie, komentarz czy udostępnienie to sygnał dla algorytmu, że dana strona angażuje odbiorców i zasługuje na większy zasięg.
Maszyna do zaangażowania
Badacze ze Stanford Internet Observatory oraz Georgetown University przeanalizowali ponad sto stron na Facebooku publikujących duże ilości obrazów generowanych maszynowo. Ich analiza, opublikowana jako przeddruk w marcu 2024 roku, wykazała, że tego typu materiały odpowiadały za setki milionów interakcji, a algorytm rekomendacji samodzielnie wypychał je do osób, które w ogóle nie obserwowały tych stron. Renee DiResta i Josh A. Goldstein zwrócili uwagę, że komentarze pod częściem obrazów sugerują, iż wielu użytkowników nie domyśla się nawet syntetycznego pochodzenia grafik.
Mechanizm jest prosty i cynicznie efektywny. Strony publikują po kilkadziesiąt obrazów dziennie: miniatury krów, żołnierzy z transparentami, staruszków czekających na życzenia urodzinowe. Podpisy pisane szablonem wprost zachęcają do interakcji — „oceń obraz młodej malarki”, „napisz amen”. Każda reakcja zwiększa zasięg, rosnący zasięg przyciąga kolejnych obserwujących, a popularna strona staje się aktywem. Można ją sprzedać albo wykorzystać do kierowania ruchu na serwisy pełne reklam, do handlowych oszustw czy propagandy.
Kto na tym zarabia
Śledztwo Jasona Koeblera z 404 Media z sierpnia 2024 roku pokazało, że motorem napędowym całego biznesu jest program bonusowy samego Facebooka. Creator Bonus Program płaci bezpośrednio autorom wiralowych wpisów, a poradniki, jak wyciskać z niego pieniądze za pomocą darmowych generatorów obrazów, krążą w serwisach YouTube i Telegramie. Twórcy z Indii, Wietnamu czy Filipin uczą się z nich, jak masowo produkować grafiki i prowadzić dziesiątki stron równocześnie. Koebler opisał nagranie, w którym spammer chwalił się wpływami rzędu ponad tysiąca czterystu dolarów w miesiącu, w tym ponad czterystu trzydziestu dolarów za pojedynczy obraz pociągu ułożonego z liści. Stawki są bardzo nierówne — wiele wypłat to grosze — ale w krajach o niskich kosztach życia robią różnicę.
Meta broniła się w rozmowie z 404 Media, że dopóki materiały nie łamią standardów społeczności, a zasięg nie jest sztucznie pompowany botami, program działa „zgodnie z zamysłem”. Krytycy odpowiadają, że platforma sama zbudowała system zachęt, w którym śmieciowa produkcja jest najopłacalniejszym rodzajem aktywności.
Platformy próbują odcinać dopływ
Reakcja Meta przyszła z opóźnieniem. W kwietniu 2025 roku firma ogłosiła akcję przeciw spamowi: konta manipulujące dystrybucją lub zbierające nieuczciwe zaangażowanie mają tracić zasięgi i dostęp do monetyzacji. Jak podało wtedy przedsiębiorstwo, w 2024 roku usunęło ponad sto milionów fałszywych stron nadużywających skryptowanych obserwacji oraz ponad dwadzieścia trzy miliony profili podszywających się pod znanych twórców. Trzy miesiące później Meta poszła dalej, zapowiadając kary za publikowanie cudzych materiałów bez znaczącej przeróbki — według TechCrunch do lipca 2025 roku usunięto około dziesięciu milionów profilów podszywających się, a działania objęły pół miliona kont stosujących spamerskie praktyki. Firma przyznała jednocześnie, że nowe polityki nie celują bezpośrednio w treści typu slop — dotykają ich więc dopiero wtedy, gdy towarzyszą im spamerskie zachowania.
Od maja 2024 roku Facebook zaczął oznaczać wykryte syntetyczne materiały etykietą „Made with AI”, choć skuteczność detekcji pozostaje ograniczona. Badania pokazują też, że nawet bierne przeglądanie takich stron zmienia widok kanału — algorytm po kilku dniach zaczyna polecać kolejne porcje syntetycznych obrazów.
Skutki dla ludzi i prosta obrona
Dla starszych lub mniej obeznanych technicznie odbiorców konsekwencje bywają realne. Fałszywe obrazy głodujących dzieci czy powodzian manipulują emocjami i otwierają furtkę oszustom zbierającym datki. Strony, które zdobyły zaufanie tysięcy obserwujących, potrafią później sprzedawać nieistniejące produkty albo kierować na witryny wyłudzające dane. Autentyczni twórcy toną pod lawiną kopii, a przestrzeń dyskusji traci wartość dla wszystkich.
Pomaga podstawowa higiena: nie reagować na podejrzane obrazy, nawet żeby je wyśmiać, bo każda reakcja zasila algorytm. Warto sprawdzać historię strony, korzystać z funkcji zgłaszania i świadomie ukrywać treści tego typu, ucząc system swoich preferencji. Szczególnie ważne są rozmowy z bliskimi, zwłaszcza seniorami, o tym, że obraz w internecie nie dowodzi niczego.
Konkluzja
„Jezus z krewetek” okazał się czymś więcej niż internetowym absurdom — ujawnił lukę w systemie zachęt największej sieci społecznościowej świata. Dopóki programy partnerskie płacą za zasięg i reakcje, a nie za prawdziwość, farmy zaangażowania będą wracać w coraz nowych odsłonach. Platformy uczą się odcinać dopływ śmieci, ale najskuteczniejszym filtrem pozostaje na razie czujność odbiorcy.